PLD: Piekło zamarzło

To były dobre dwa tygodnie. W zeszły weekend doprowadziłem skrypty linux-live do stanu, który pozwolił qwiatowi zbudować działające PLD Live 2.0. Tak, po czterech latach przerwy, PLD ma działającą wersję Live CD. Szczegóły można przeczytać na blogu qwiata.

W czwartek znaleźliśmy sobie nową zabawkę. Część z was pewnie już wie, reszcie raczej trudno będzie zgadnąć. Niech przemówią screenshoty.

PLD Linux installer - splash

Tak, to jest autentyczny zrzut ekranu z działającego obrazu PLD Live 2.0. Nie spreparowaliśmy go w GIMPie.

PLD Linux installer - packages

Piekło zamarzło, PLD ma działający instalator. Po latach zabawy z wyrobami instalatoropodobnymi (bez urazy, każdy próbował jak umiał).

Nasze aktualne drzewko Anacondy można znaleźć w moim repozytorium gita. Działający kod znajduje się na gałęzi pld-branch.

Co zostało do zrobienia? Przede wszystkim wypadałoby poprawić znalezione przy tej okazji błędy: #262985, #263149. Być może dostosowanie usługi konfiguracji firstboot do potrzeb PLD? Pozostaje też dopracowanie grup pakietów (comps.xml) i wznowienie generacji repozytoriów w formacie repomd (createrepo). A może ktoś zabierze się za napisanie backendu opartego o python-poldek?

Złoto, kobiety i piwo przyjmujemy w każdych ilościach (qwiat prosił, żeby zaznaczyć, że kobiety tylko w całości), chętnych darczyńców uprasza się o wcześniejszy kontakt ;)

Prawnicy są zgodni: Global GPRS wywołuje myśli samobójcze*

Miałem nadzieję, że moje przygody z pozwami skończyły się wraz z poprzednią notką w wątku. Wiemy jednak, że życie lubi zaskakiwać, czyż nie1? Po powrocie z urlopu z otwartymi ramionami przywitał mnie kolejny email z wymiarem sprawiedliwości w tle. Od kogo? Wydaje mi się, że ogłoszenie konkursu w tej sprawie byłoby niecelowe.

1 miłośnicy Pratchetta mogliby w tym miejscu słusznie zauważyć, że obiekty w lusterku wstecznym mogą znajdować się bliżej, niż się wydaje

Tym razem pan Dariusz pisze (email z dnia 16. sierpnia, pisownia oryginalna, pozwolę sobie na wtrącenia):

Witam

Właśnie wróciłem z długiego dwu miesięcznego urlopu i widzę, że nadal oba artykuły o moich programach nie są usunięte i powielają się na coraz większej ilości stron internetowych. Wygląda na to, że nie zwracasz uwagi na popełniane przestępstwa. Powiem ci jak zareagował adwokat, gdy zobaczył twój drugi artykuł zawierający moją prywatną korespondencję: uśmiechnął się i powiedział “to chyba jakiś samobójca”.

Nie jest mi znany wyrok sądu, który uznawałby moje postępowanie za noszące znamiona przestępstwa. Z pewnością nie jest nim udzielanie porad w kwestii poprawienia słabo napisanego programu (który autor sam określił jako wersję beta).

* badania przeprowadzone na grupie kontrolnej zawierającej prawników sztuk jeden; tytuł programu użyty wyłącznie w celach informacyjnych

W pierwszym artykule naruszyłeś moje dobra osobiste m.in. pomawiając mnie o to, że jestem podejrzanym typem, który może fałszować swoje dane osobowe w licencji programu i tworzy podejrzane programy, które należy unikać. Mimo, że zostałeś poinformowany o naruszeniu prawa, to w pełni świadomie popełniłeś kolejne przestępstwo - publikując moją prywatną korespondencję ponownie naruszyłeś moje dobra osobiste (prawo do prywatności). Jest tylko jedna kategoria listów, które mogą być rozpowszechniane publicznie - tzw. listy otwarte. Wszystkie inne podlegają ochronie prawa. Mój list adresowany był tylko do jednej, konkretnej osoby.

Czy jest przestępstwem wyrażenie wątpliwości co do godności (czyt: imienia i nazwiska) autora? Wszak ten ostatni zarówno w archiwum z programem, jak i na jego stronie internetowej figurował jako niewiele mówiący dariuszdev gmail com (stanu bieżącego nie zbadano ze względu na nikłe zainteresowanie niżej podpisanego tytułowym wynalazkiem). Nie sądziłem, żeby faktycznie nosił dźwięczne i jakże rdzennie polskie nazwisko Dev2, toteż i imię nie wydało mi się pewne.

2 w czym upewniłem się po lekturze treści już piątego listu od pana Dariusza, kiedy to był łaskaw zdradzić mi swoje nazwisko, które skrzętnie zamaskował także na zdjęciu złożonego na policji doniesienia o popełnieniu przestępstwa

Przy okazji zauważmy, że mowa jest o licencji programu. Niestety, nie udało mi się z nią nigdy zapoznać, gdyż plik tekstowy z opisem programu stanowi, że licencja znajduje się wewnątrz programu, w którymś z menu. Mamy więc jajko-niespodziankę, na którym małym druczkiem umieszczono zapis o takiej mniej-więcej treści: naruszenie zewnętrznej powłoki czekolady jest jednoznaczne z akceptacją warunków umowy, która znajduje się w środku. Nic więc dziwnego, że nigdy nie uruchomiłem programu, skoro wymagałoby to czynu niemożliwego — wcześniejszego, zapewne telepatycznego, zapoznania się z warunkami i akceptacji owej licencji, prawda? Tutaj pozwolę sobie wyrazić nadzieję (sprawdzić nie mogę), że przynajmniej tam znajdują się dane osobowe pana Dariusza, gdyż dziwnym jest3 zjawiskiem licencja, w której nie występuje strona udzielająca.

3 wbrew poglądom, jakie głosi Wilq, znamienity polski poeta

Panu Dariuszowi zaś spieszę z wyjaśnieniem, że do publikacji nie wykorzystałem jego prywatnej korespondencji. Dużo wygodniej było mi użyć tej kopii, którą sam był łaskaw dostarczyć do mojej skrzynki elektronicznej4. Być może dopuściłem się tym samym naruszenia tajemnicy własnej korespondencji, czym mogłem spowodować u siebie niepowetowane straty, jednak wydaje mi się, iż niezwykle ciężko byłoby udowodnić sobie samemu przed sądem, że uczyniłem to bez własnej zgody.

4 firma Google z pewnością będzie w stanie potwierdzić sygnaturę wiadomości odebranej przez własny serwer: af3c9b1e0804200828t2c8e51e3r848c2999b8edeb31@mail.gmail.com

Trzeba bowiem wiedzieć, że w świetle przepisów, prawo pełnego dysponowania korespondencją należy do odbiorcy, a odbiorcą w tym przypadku jestem ja. Gdyby taki hipotetyczny pan Roman przyszedł i upublicznił kompromitującą wiadomość skierowaną do mnie przez pana Dariusza, oj — wtedy byśmy się pogniewali. Poczta adresowana do mnie jest bowiem chroniona przez ustawę o ochronie praw autorskich i pokrewnych jeszcze w dwadzieścia lat po moim zgonie, którego — mimo sugestii ze strony szacownego grona adwokackiego — w najbliższym czasie nie planuję.

Zapewniam również, że w posiadanie własnej poczty wchodzę drogą legalną i bez użycia specjalnych urządzeń podsłuchowych, a publikując informację o czekającym mnie pozwie nie naruszyłem tajemnicy chronionej żadną umową pomiędzy mną i panem Dariuszem.

Na twoją niekorzyść działa to, że opublikowałeś moją prywatną korespondencję po to, aby po raz kolejny naruszyć moje dobra osobiste, mimo że byłeś już poinformowany o złamaniu prawa w pierwszym artykule. Kilka artykułów agresywnie atakujących moją osobę wyraźnie wskazuje na działanie z premedytacją, celowe a nie przypadkowe popełnianie przestępstw, co zawsze skutkuje wyższą karą wymierzaną przez Sąd.

W związku z publikacją mojej prywatnej korespondencji na wielu stronach internetowych do aktu oskarżenia dodane zostaną kolejne zarzuty dotyczące naruszenia moich dóbr osobistych - prawa do prywatności.

Oczekuję niezwłocznego usunięcia obu artykułów z wszystkich stron w internecie na których są umieszczone.

Na sprawie karnej oprócz kary z art.212 KK p.2 i usunięcia artykułów, będę domagał się też zadośćuczynienia finansowego za naruszanie moich dóbr osobistych w tym prawa do prywatności.

Dalej mamy tradycyjne straszenie sądem. Oczywiście nie mówimy tu o groźbie bezprawnej, bo ta ostatnia jest przestępstwem i podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech5 i… pojawiła się nieco wcześniej.

5 por. art. 115 § 12 oraz art. 191. § 1 kodeksu karnego; czytelników z upośledzoną zdolnością czytania ze zrozumieniem informuję, że do lat trzech nie dotyczy wieku osoby dopuszczającej się czynu

Oto czytam bowiem w emailu od pana Dariusza z 20. kwietnia (pisownia oryginalna):

Jak sprawa nie zakończy się od razu i narosną duże straty, to będę
musiał wysłać pozew cywilny trafi do Sądu.

Więc nie trać czasu teraz jeszcze jestem w stanie zakceptować niezbyt
wielkie straty i na wszystko przymknać oko i wycofać zawiadomienie o
popełnieniu przestępstwa.

Mamy więc groźbę spowodowania postępowania karnego lub rozgłoszenia wiadomości uwłaczającej czci zagrożonego lub jego osoby najbliższej zastosowaną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia.

Linux i systemy plików

Glen (Elan Ruusamäe z PLD) spytał mnie dziś o system plików, jaki polecałbym na serwer pocztowy. Chodziło o jego serwer, na którym zdechł był właśnie reiserfs. Zaproponowałem ext3 z journalingiem albo xfs ze zmniejszonym rozmiarem bloku (poczta = dużo małych plików).

Przy okazji przypomniało mi się, o czym miałem tu napisać dawno temu. Początkowo dla własnej pamięci, ale jakoś uleciało mi to z głowy. Spóźnione o jakieś dwa lata, bo mniej więcej dwa lata temu przypadkiem odkryłem powód powolności jednego z serwerów.

Zawsze (zawsze!) po instalacji systemu należy upewnić się, że wszystkie fizyczne systemy plików montowane są z parametrami noatime,nodiratime albo przynajmniej relatime. Dla xfs dodatkowo pomoże logbufs=8.

Ku pamięci i takie tam. Wydrukować i oprawić w ramki albo więcej nie dziwić się, kiedy maszyna z minimalnym ruchem http doświadcza load na poziomie 5.

Update: okazuje się, że w sierpniu zeszłego roku podobny wątek pojawił się na kerneltrapie. Upewniłem się też (wczoraj zastanawialiśmy się nad tym z qwiatem w drodze na piwo, więc z dala od kerneli), że noatime dotyczy zarówno plików, jak katalogów, przez co podawanie dodatkowo nodiratime jest zbędne. Czas się odzwyczaić.

Ołówek, czyli wygodne projektowanie interfejsów

Jeśli potrzebujesz wygodnego narzędzia do prototypowania interfejsu użytkownika, to być może Pencil jest aplikacją właśnie dla ciebie.

Narzędzie pozwala w wygodny sposób tworzyć makiety zarówno stron internetowych, jak i aplikacji okienkowych. Dla tych ostatnich oferuje dość szeroki wybór gotowych kontrolek, w tym zestaw wzorowany na interfejsie systemu Windows XP i neutralny wygląd, luźno bazujący na jednym z tematów GTK+.

Do pracy wymagany jest silnik Gecko w wersji 1.9, samo narzędzie może więc pracować jako samodzielny program lub jako wtyczka do Firefoksa 3.

Uwaga: W systemie OS X nie działa klawisz Del i do usuwania elementów ze sceny trzeba posłużyć się menu.

Dr. Horrible

Ostatnia szansa, żeby obejrzeć (genialną) całość u źródła. Jutro strona zniknie.

Konsolowo - wymiana dysku

Niedawno stanąłem przed problemem posiadania zbyt wielu gier. O ile w czasach PlayStation 2 i wcześniejszych jedynym ograniczeniem była pojemność kart pamięci, tak w czasach, gdzie większość tytułów wymaga instalacji (PS3), udało mi się w końcu zbliżyć do magicznej bariery 40 gigabajtów.

Rozwiązanie? Wymiana dysku. Pierwszy raz spotkałem się ze sprzętem, którego producent jawnie umożliwia wymianę dysku we własnym zakresie. Instrukcja obsługi konsoli zawiera przewodnik, jak krok po kroku wyjąć firmowy dysk i włożyć w to miejsce inny. Duży plus.

Zakup dysku początkowo odkładałem do czasu powrotu z wyjazdu urlopowego, jednak mój ojciec (również posiadacz PS3) postanowił mnie sponsorować i wczoraj podrzucił mi do biura nowiutki dysk i obudowę na poprzedni. Po powrocie do domu przyszedł czas na zabawę. Włączenie konsoli, backup danych na dysk USB, wyłączenie konsoli, odłączenie zasilania i przystąpienie do podmiany.

Małym minusem okazała się za to precyzja, z jaką poskładano konsolę. O ile odkręcenie niebieskiej śrubki, mocującej kieszeń dysku wewnątrz konsoli, nie było problemem, o tyle wyjęcie dysku z kieszeni wymagało użycia kombinerek. Śruby mocujące dysk trzymały tak mocno, że próba użycia odpowiedniego krzyżaka skończyła się szybko w obawie o wyszczerbienie łebka śruby.

Dalej już tylko wyjęcie oryginalnego Hitachi 40 GB i podmiana na 2,5″ Samsunga 250 GB. Ponowne włączenie konsoli, format nowego nośnika, przywrócenie backupu z dysku USB i gotowe. Pozostało tylko wkręcić poprzedni dysk do kieszonki i sprzątnąć kłaczki kurzu, które wdzięcznie wypadły z wnętrza konsoli razem z firmowym dyskiem.

DreamHost zaprasza

Właśnie dostałem maila od obsługi DreamHosta. Dostałem (pewnie podobnie jak reszta) pięć zaproszeń. Szczegóły poniżej (celowo zostawiam ostatni punt, żeby nikt nie pomyślał, że staramy się kogoś naciągnąć):

… they will get all these super special advantages not available any
other way:

  • They will get four (4) times the normal disk and bandwidth!
  • If they choose our five-year plan, they’ll get $150 off!
  • If they choose our ten-year plan, they’ll get $200 off!
  • YOU will still earn a full $97 for each person who signs up!

Jeśli ktoś jest zainteresowany i chciałby wspomóc GeneratedContent, to namiary można zostawić w komentarzach albo wysłać na adres patrys at pld-linux org.

Banshee 1.0

Banshee 1.0

Śliczny i wygodny. Autorzy Rhythmboksa mają teraz sporo do nadrobienia.

Spisek przeciwko Blipowi?

Z całym szacunkiem dla reuptake, nie bardzo widzę sens jego ostatniej notki. Vagla pisze bardzo sensownie i nie jest to tekst poświęcony w połowie twitterowi i 100 innym rzeczom. Vagla wskazuje na to, co dzieje się z pierwowzorem Blipa i co któregoś dnia może spotkać i wersję polską. Właściwie pokazał, że już pojawiły się pierwsze (bez względu na to, czy to żart) próby wykorzystania API serwisu do wydobywania prywatnych informacji.

Jasne, można się spierać o to, że przecież serwis wyraźnie zaznacza, że cała treść jest publicznie dostępna. Problem w tym, że ludzie bez wiedzy informatycznej mają na ten temat swoje własne wyobrażenia. Kto z szarych blipowiczów jest świadom faktu, że raz wysłana i usunięta wiadomość mogła w międzyczasie zostać zindeksowana za pomocą API przez niezależny serwis? Ile osób wie, że treści wysłane na Blipa mogą nagle pojawić się w wynikach wyszukiwania Google? Na przykład podczas rutynowego sprawdzania potencjalnych kandydatów do pracy?

To co dziś jest prywatną opinią w zamkniętej dyskusji lub żartem wysłanym do kolegi, wyrwane z kontekstu może nieoczekiwanie zaatakować w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej w postaci pytania dlaczego uważa Pan, że nasz kluczowy partner jest — cytuję — do dupy? To są rzeczy, o których mało kto teraz myśli. Do złudnego poczucia prywatności przyczynia się też funkcja usuwania wysłanych wcześniej statusów. Jest bardzo użyteczna w przypadku poprawiania literówek, ale na niewiele zda się, gdy przypadkiem chlapniemy więcej, niż chcielibyśmy powiedzieć stojąc z megafonem na dachu pobliskiego targowiska.

Na Blipie prywatność nie istnieje, nie da się jej też nic stamtąd skutecznie usunąć i trzeba się z tym pogodzić. Jeśli masz wstydliwy sekret, to użyj telefonu albo komunikatora z silnym szyfrowaniem. Proste — w teorii. Problem oczywiście leży gdzie indziej. Ludzie zawsze będą strzelać sobie w stopę, niezależnie, czy damy im do ręki komputer, czy flamaster, o czym dobitnie świadczą własne numery telefonów komórkowych, pozostawiane na przystankowych wiatach przez siedemnastoletnie krejzolki i hasła do przeróżnych systemów informatycznych, pieczołowicie przyklejane na żółtych karteczkach do biurowych monitorów.

Indiana Jones i człowiek z UFO

Dokładnie tak, Zbigniew Nienacki mógłby spokojnie napisać lepszy scenariusz do czwartej części przygód Indiego. To, co zrobili panowie Lucas i Spielberg powinno nazywać się Indiana Jones i efekty komputerowe. Czy jestem zawiedziony? Jestem, w końcu piszę o filmie na blogu o komputerach.

Wybraliśmy się do kina na premierę. Nikt nie nastawiał się raczej na arcydzieło, ja mimo to się zawiodłem. George Lucas ma jakiś wyjątkowy talent do niszczenia swoich własnych serii. Nie pozwolił spokojnie umrzeć Gwiezdnym Wojnom, dobijając je po latach infantylną trylogią dla dzieci, strzelił też w plecy staruszkowi Henriemu. W podobnym stylu.

Co uderza praktycznie od początku, to próba udowodnienia, że Ford nagle przeżywa drugą młodość. Nie przeżywa, co widać w scenach, gdzie sam zdecydował się robić za kaskadera. Dalej mamy mglisty zarys fabuły, która jest chyba zlepkiem przypadkowo pociętych scenariuszy, z których panowie nie byli zadowoleni. Efekt pozwala przypuszczać, że prace nad scenariuszem wyglądały tak: albo ta scena wejdzie, albo ja się pakuję i mam w dupie.

Nagłe zwroty w scenariuszu, jak słusznie zauważył AK, sprowadzają się do jestem twoim ojcem, Luke. Oczywiście, jeśli nie liczyć faktu, że poszczególne sceny nie mają ze sobą żadnego związku i łączy je tylko przeczucie wielkiego podróżnika. W efekcie dostajemy słodziutki zlepek kina familijnego à la Disney, a polewę stanowi wymuszony momentami humor i wizja emeryta koziołkującego kilometrami w lodówce na tle atomowego grzybka.

Wydaje mi się zwyczajnie, że panom Lucasowi i Spielbergowi odbiło na punkcie efektów komputerowych. Być może zakładają, że skoro miliony zakochały się w plastikowych stateczkach na sznurkach, znanych z Nowej Nadziei, to zrobienie całego filmu na komputerze uczyni ich bogami? Zakrztusili się krzemem i własnym Industrial Light & Magic. Tylko kto oglądał Gwiezdne Wojny dla efektów, kiedy obok leżał Tron? I właśnie takie Trony nam teraz serwują. Ładne, plastikowe, o smaku oranżadki Helena, która nawet nie leżała nigdy na jednej półce z owocami.

Może ten film nie jest taki zły i gdyby nazywał się John Doe i kosmici, zostawiłbym go w spokoju. W końcu w porównaniu do takiego Eragona jest istnym arcydziełem. Nic nie poradzę, ale byłem fanem, a teraz muszę z przykrością stwierdzić, że fabularnie lepiej wyglądał serial o przygodach młodego Indiany Jonesa. Cóż, 19 lat zajęło stworzenie dwugodzinnego dzieła, w którym dobrego kina jest tyle, co w jednym odcinku MacGyvera (który lat ma grubo więcej). Słabo.